Fast Fiction

Ten pokoj czekal na mnie #2

Iga złapała spadającą makietę, zanim kubek z kawą Asi zdążył rozlać się po planszach, i jeszcze trzymała mokry karton w obu dłoniach, kiedy Marek powiedział głośno: — No właśnie. Znowu dotyka cudzej pracy bez pytania.

W sali produkcji ktoś parsknął śmiechem. Plastikowe krzesło przy drukarce było zajęte przez Basię i jej torebkę, więc Iga została na nogach, z rękawami bluzy zagniecionymi po porannej zmianie w markecie i z cienkim papierem owinięcia od modelarskich nożyków szeleszczącym w kieszeni. Asia, blada, patrzyła nie na uratowaną makietę, tylko na ślad kawy na stole, jakby to było ważniejsze od tego, że pięć godzin pracy właśnie nie wylądowało w koszu.

— Gdybyś nie stawiała kubka na brzegu, nic by nie leciało — powiedziała Iga cicho i podała jej planszę wyżej, za suchy róg.

Marek podszedł bliżej, z tym swoim lekkim uśmiechem człowieka, który pożyczył sobie władzę i już ją uważa za własną. — Ty się naprawdę nie umiesz zatrzymać. To nie jest twoje stanowisko, nie twoja grupa i nie twoje zadanie. — Ale zasilacz do plotera też nie był twój, kiedy go wczoraj podpinałam, bo wasz technik już poszedł — odparła. — Dzięki, Iga — wtrącił szybko Kamil od monitora, bez patrzenia na nią. — Serio, uratowałaś nam wydruk. Marek odwrócił głowę tylko na moment. — Uratowała? Fajnie. To nie znaczy, że ma się wpychać do wszystkiego. Zwłaszcza teraz.

„Teraz” bolało bardziej, bo dziś rozpisywano wejścia do warsztatu na nocny slot przed przeglądem. Dla Igi to nie była zabawa w ambicję. Bez warsztatu nie dokończy modułu, bez modułu nie zaliczy, bez zaliczenia nie utrzyma stypendium ani pokoju, który i tak miała tylko do końca miesiąca. Wyjęła z kieszeni półzłożony paragon za piankę i klej, przejrzała go odruchowo jeszcze raz, jakby cyfry mogły się nagle ułożyć łagodniej, po czym wsunęła go z powrotem.

Basia skinęła na blat przy drzwiach. — Jak chcesz pomagać, to wytrzyj. Iga bez słowa sięgnęła po ręcznik papierowy. Pierwsza nagroda była mała i żałośnie praktyczna: kiedy skończyła, Kamil przesunął swoją torbę z jedynego wolnego taboretu przy bocznym stole. — Tu odłóż rzeczy — mruknął. — Żeby ci nikt nie zdeptał. To nie było miejsce dla niej. Ale nie kazał jej stać z torbą przy nodze jak petentce, więc odłożyła plecak i wróciła do cięcia.

Po południu śnieg przyklejał się do butów przy wejściu do pracowni, a przy czytniku kart zrobił się korek. Marek stał obok prowadzącej z listą slotów na tablecie. — Osoby spoza zespołów projektowych nie wchodzą po dwudziestej — powiedział tonem, jakby powtarzał regulamin, choć jeszcze wczoraj wpuszczał swoich znajomych bez pytania. — Iga ma tylko konsultacje dzienne. — Mam zatwierdzony nocny dostęp — powiedziała Iga. — Nie masz. — Obrócił ekran tak, by widzieli go inni, nie ona. — Na aktywnej liście cię nie ma.

Przy drzwiach zrobiło się ciasno od spojrzeń. Ktoś odsunął się o pół kroku, żeby nie stać z nią za blisko. Czytnik zapiszczał zielono dla Basi, czerwono dla Igi. To krótkie, suche piknięcie było gorsze niż śmiech z rana. Iga przyłożyła kartę drugi raz, potem trzeci. Czerwień zamrugała bezlitośnie. — Nie rób scen — rzucił Marek. — Po prostu nie jesteś przypisana. — Byłam przypisana rano. — To znaczy, że ktoś poprawił błąd.

Prowadząca, doktor Chojnacka, spojrzała na zegarek. — Ja nie będę rozstrzygać przy wejściu. Jeśli system nie wpuszcza, wracamy do tego jutro. Jutro było po terminie. Iga poczuła, jak zimno z korytarza wchodzi jej pod kołnierz. Plecak ciążył na jednym ramieniu, sztywnym po całym dniu. Chciała coś powiedzieć, ale w tej chwili Kamil wyszedł z kolejki i stanął przy czytniku. — Proszę chwilę — powiedział nie do niej, tylko do Chojnackiej. — Jeśli to zmiana w systemie, to w logach będzie widać, kto ją zrobił.

Marek prychnął. — Daj spokój, Kamil. To tylko dostęp. — Dla ciebie może.

Kamil nie podnosił głosu. Wziął od ochroniarza laptop z portierni, bo ten i tak nic nie rozumiał z uczelnianych uprawnień. Otworzył panel administracyjny, do którego jako dyżurny laboratorium miał wgląd. Ekran odbił śnieżne światło z hallu. Iga widziała tylko wiersze, godziny, nazwiska. — O, proszę — powiedział po chwili. — Wniosek Igi zatwierdzony dziś o 9:12 przez doktor Chojnacką. Nocny slot: aktywny. Chojnacka podeszła bliżej. — Pokaż. Kamil przewinął niżej. — A tu o 16:48 ręczna zmiana listy. Usunięcie z aktywnego rosteru. Użytkownik: M. Wroński.

Basia zamarła z telefonem nad otwartym czatem. Marek wyciągnął rękę do laptopa. — To musiałem porządkować duplikaty. — Nie — powiedział Kamil. — Bo tu jest jeszcze potwierdzenie materiałów. Pianka, klej, laserowe cięcie. Wszystko przypisane do jej projektu i opłacone z jej konta. — Sięgnął do Igi. — Ten paragon masz? Podała mu złożony kwitek, już miękki od ciągłego składania. Kamil rozprostował go na ladzie. — Godzina 8:03. Zakup pod projekt „Moduł przejścia”. A tu — kliknął — rezerwacja plotera z nocy, wykonana z jej loginu. Nie „pomagała” grupie. Robiła własny projekt.

Chojnacka wyprostowała się, nagle bardzo zimna. — Marek, oddaj tablet. — Pani doktor, ja tylko— — Oddaj. Kiedy wzięła urządzenie, nie patrzyła już na niego jak na ulubionego studenta od reprezentowania roku. — Przywrócić dostęp natychmiast. I proszę już nie dotykać cudzych uprawnień.

Czytnik zapiszczał zielono, kiedy Iga przyłożyła kartę jeszcze raz. To nie było zwycięstwo; korytarz wciąż był pełen ludzi, a skóra na karku paliła ją od wstydu, że prawda musiała być wyciągana z logów jak z brudnej wody. Marek cofnął się, ale nie przeprosił. Nikt też nie zaczął klaskać, na szczęście. Drzwi po prostu się otworzyły.

Pracowali do późna. Za oknami uczelni Warszawa była czarna i szklista, z czerwonymi światłami autobusów przesuwającymi się po mokrym asfalcie. Iga ciąła kolejne elementy, sklejała, poprawiała, a dłonie miała już tak sztywne, że kilka razy musiała rozcierać palce o krawędź stołu. Około jedenastej Basia z Asią zbierały się pierwsze. Marek wyszedł wcześniej, niby z telefonem przy uchu. Nikt o nim nie wspominał.

Kiedy Iga skończyła ostatni łącznik, Kamil bez słowa podszedł, zabrał jej z ręki ciężką tubę z planszami i postawił dalej od krawędzi. — Jedziesz jeszcze metrem? — zapytał. — Muszę. — O tej porze z tym wszystkim? — A jak inaczej?

Spojrzał na nią dłużej, niż lubili patrzeć ludzie z roku, bo zwykle wzrok ślizgał się po niej jak po kimś od drobnych przysług. — Odprowadzę cię do stacji. — Nie trzeba. — Wiem.

Nie dyskutował dalej. Wziął jej plecak, choć był ciężki od narzędzi i laptopa, i ruszył pierwszy korytarzem, tak że musiała iść za nim. To było kosztowne w prosty, widoczny sposób: minęli dwie osoby z roku, które spojrzały najpierw na niego, potem na jej rzeczy na jego ramieniu. Kamil nie tłumaczył niczego. Przy drzwiach zewnętrznych przytrzymał je barkiem, osłaniając ją od wiatru, a potem na schodach zwolnił tak, żeby mogła zejść z tubą bez potykania.

Na peronie Centrum Nauki Kopernik było prawie pusto, tylko troje ludzi siedziało osobno na zimnych ławkach. Iga usiadła na rogu plastikowego siedziska i nagle poczuła, że nie ma już siły utrzymać pleców prosto. Telefon zawibrował raz, potem drugi. Wiadomość od właścicielki pokoju: „Jeśli dziś po północy nie będzie przelewu, proszę rano zabrać rzeczy. Klucz zostawić u sąsiadki.” Pod spodem drugie powiadomienie z banku, suche jak policzek. Saldo po opłacie za materiały nie domykało nawet połowy czynszu.

Schowała telefon, ale palce zaczęły jej drżeć. Kamil zauważył to od razu. — Co jest? — Nic. — Iga. Pokazała mu ekran tylko na sekundę, jak dowód przy kontroli, którego nie chce się trzymać zbyt długo na widoku. Przeczytał i oddał telefon bez komentarza. — Masz gdzie iść? — Do pokoju, dopóki mnie nie wyrzuci. — To nie jest odpowiedź. — To jedyna, jaką mam.

Nadjechało metro, ale kiedy drzwi się otworzyły, Iga nie wstała. W wagonie było jasno, sterylnie, obco. Pomyślała o zimnym mieszkaniu, o obcej sąsiadce, o swoim kluczu oddawanym rano jak przyznanie się do porażki. Pomyślała też o tym, że cały dzień zaciskała zęby, a teraz nie została już nawet godność, którą można by zacisnąć. — Nie dam rady wrócić tam dziś — powiedziała tak cicho, że prawie zginęło w sygnale zamykania drzwi. Metro odjechało bez nich.

Kamil wstał pierwszy. Sięgnął do kieszeni kurtki, wyjął pęk kluczy, odczepił jeden mały, z obdrapanym niebieskim kółkiem. — To klucz do bramy i klatki. Do mieszkania nie trzeba, będę. — Położył go na jej dłoni i zawinął jej palce wokół metalu. — Chodź. Spojrzała na niego bez ruchu. — Kamil... — Iga, wstań. Zanim przyjedzie następne i znowu będziesz udawać, że jeszcze myślisz.

Nie brzmiało to miękko. Właśnie dlatego zadziałało. Wstała. Wziął od niej tubę i poprowadził ją nie do linii nocnego autobusu, tylko na górę, przez pusty pasaż, obok zamkniętego kiosku i witryny spożywczaka, gdzie zostały już tylko odbicia świateł. Szli szybko, oddech parował między nimi. Starszy blok na Powiślu nie wyglądał jak żadne wybawienie: odrapana brama, skrzynki pocztowe z krzywymi nazwiskami, zapach kaloryferów i cudzego obiadu zatrzymany na klatce. Ale przy domofonie Kamil nie zasłonił klawiatury przed nią dłonią. Odsunął się i poczekał, aż sama włoży klucz.

Metal lekko zgrzytnął. To był drobny dźwięk, a jednak zatrzymał coś w niej mocniej niż zielone światło przy czytniku. Pchnęła drzwi i weszła pierwsza.

Na drugim piętrze Kamil zostawił włączoną lampkę w przedpokoju już wcześniej; ciepłe światło leżało na panelach, nie udając nastroju, tylko porządek. W mieszkaniu było czysto w zwykły, zamieszkany sposób: suszarka z jedną koszulką przy kaloryferze, kubek po herbacie przy zlewie, składany stół zawalony notatkami z konstrukcji. Nie wystawiał jej krzesła jak gościowi. Otworzył drzwi do małego pokoju obok swojego, gdzie stało wąskie łóżko, regał z książkami i wolny haczyk na ścianie. — Tu możesz położyć rzeczy. — Na dziś? Podniósł na nią wzrok. — Klucz zostaje przy tobie. Więc nie pytaj tak, jakbyś miała wyjść o świcie tylnymi drzwiami.

To był ten moment, w którym przez cały dzień trzymała się pionem tylko siłą uporu. Teraz upór puścił. Nie dramatycznie; po prostu opadła na skraj łóżka z tubą między kolanami i zakryła na chwilę oczy ręką. Kamil odsunął tubę ostrożnie, jak coś kruchego, czego nie wolno już dokładać do ciężaru. — Łazienka po lewej. Ręcznik jest czysty. Jak wyjdziesz, zrobię herbatę. Skinęła głową, ale nie wstała. Wtedy usiadł obok, nie za blisko, i po krótkiej chwili położył dłoń na jej karku, tam gdzie cały dzień miała napięty jak drut. — Już nie musisz dzisiaj niczego pilnować — powiedział.

To nie była wielka obietnica, tylko granica postawiona za nią, kiedy nie miała już siły stawiać własnych. Iga odetchnęła raz, głęboko, chropawo, potem zdjęła buty, wstała i sama zaniosła plecak do pokoju z wolnym haczykiem. Zawiesiła kurtkę, odłożyła klucz na szafkę, zawahała się sekundę, po czym zamiast zostawiać go na wierzchu, wsunęła go do kieszeni bluzy. Dopiero wtedy zamknęła za sobą drzwi łazienki.

Później, kiedy droga do środka była już czysta i nic nie trzeba było tłumaczyć, na małym dywaniku przy łóżku stały dwie pary butów, ustawione noskami do środka.