Fast Fiction

Smiali sie, zanim weszlo jej nazwisko

Marek wsunął krzesło nogą pod jej kolana i powiedział do kobiety za szybą: — Tę panią proszę skreślić. Nie ma kompletu i nie jest na dziś.

Na wąskim korytarzu przy medycynie pracy siedziało siedem osób, kolana przy kolanach, zimowe kurtki parowały od śniegu wniesionego z ulicy. Nad ławką mrugała tablica nazwisk, a pod nią stał termos i dwa zimne pudełka po obiedzie, zostawione na parapecie przez ludzi z produkcji, którzy od szóstej rano latali między halą a badaniami. Alicja nie usiadła. Oparła teczkę o biodro, odsunęła krzesło stopą z powrotem i weszła w linię wzroku rejestratorki.

— Niech pani mnie nie skreśla — powiedziała spokojnie. — Mam skierowanie na dziś, na ósmą czterdzieści.

Ktoś na ławce prychnął. Marek odwrócił się półprofilem do reszty, jakby już był u siebie. Miał na sobie granatową kurtkę z logo zakładu, ten rodzaj ubrania, który w Warszawie robił z człowieka ważniejszego tylko w budynku firmy i w miejscach, gdzie załatwiało się wejście do firmy.

— Pani Alicja przyszła sobie spróbować — powiedział głośniej, pod publiczkę. — Ale my tu mamy kolejność. Ludzie czekają od rana, nie ma cyrku.

Na końcu ławki siedziała ciotka Irena, matczyna kuzynka, z torebką na kolanach i miną, która od razu szukała bezpiecznej strony. To ona tydzień wcześniej wcisnęła Alicji numer do Marka, mówiąc: „On cię wprowadzi, tylko nie rób problemów, bo tam jest testowanie granic i od razu widzą, kto umie się zachować”. Teraz spuściła oczy na telefon, którego ekran żarzył się w dłoni jak mała, wstydliwa lampka.

Alicja nie ruszyła się z miejsca. — Kto został właśnie wywołany? — spytała.

Rejestratorka, pani z czerwonymi paznokciami i opuchniętymi powiekami, zerknęła na kartkę. — Wysocki Marek.

— A przede mną kto był wpisany? — dopytała Alicja.

Marek prychnął. — Nikt. Nie ma pani w kolejce, mówiłem.

To było zbyt szybkie, zbyt pewne. Pękło od razu, jeszcze zanim pani z rejestracji zdążyła schować wzrok. Przesunęła palcem po wydruku, zawahała się i to zawahanie zobaczyła cała ławka.

Alicja rozpięła teczkę. Wyjęła skierowanie, już trochę miękkie od noszenia, ale czyste, z pieczątką kadr i godziną wpisaną grubym, granatowym długopisem. — O ósmej siedemnaście dostałam skierowanie ponownie podbite przez kadry, bo wasz kurier oddał błędny formularz. Tu jest godzina. Tu podpis Doroty z kadr. Proszę sprawdzić.

Marek zaśmiał się krótko. — Każdy może sobie coś dopisać. Naprawdę chce pani robić przedstawienie o długopis?

Nie odpowiedziała jemu. Podała papier przez okienko. Rejestratorka musiała go wziąć, bo Alicja trzymała go nieruchomo, tuż pod jej twarzą. Na ławce ktoś przestał szeleścić reklamówką. Starszy mężczyzna w roboczych butach uniósł podbródek. Rejestratorka porównała godzinę na skierowaniu z tym, co miała w systemie, i jej paznokieć zastukał o klawiaturę.

— Tu jest wpis: korekta skierowania, ósma siedemnaście — mruknęła.

Marek pochylił się od razu. — Ale korekta nie znaczy przyjęcie. Teczka nie dotarła, to chyba jasne. Bez teczki nie ma badania, proszę pani. Następny.

— Teczka nie dotarła na czas do kogo? — zapytała Alicja.

— Do medycyny pracy. — Marek mówił już ostrzej, bo ludzie patrzyli. — Nie moja sprawa, że ktoś z kadr zawalił.

Alicja wyjęła telefon, nie pokazując go szeroko. Niski blask ekranu rozciął jej dłoń. Miała otwarte dwa nieodebrane połączenia od Doroty i jedną wiadomość: „Jestem na parterze, zaniosłam poprawioną teczkę. Jak Marek coś kombinuje, nie ruszaj się z kolejki”. Podniosła wzrok. — To proszę zadzwonić do Doroty teraz.

— Pani będzie dyktować, co ja mam robić? — syknął Marek.

— Jeśli pan przed chwilą powołał się na brak teczki, to tak. Teraz.

To „teraz” padło cicho, ale przecięło korytarz lepiej niż krzyk. Rejestratorka już sięgnęła po słuchawkę, bo nie chciała brać tego na siebie. Marek próbował zatrzymać jej rękę samym tonem.

— Pani Bożeno, naprawdę szkoda czasu. Mamy ludzi z produkcji, oni muszą wrócić na halę.

— A ja do czego przyszłam? — powiedziała Alicja.

Słuchawka kliknęła. Korytarz wypełnił niski szum lampy z sufitu i odległe piszczenie wózka z krwią gdzieś za zakrętem. Pani Bożena połączyła się z kadrami, włączyła głośnik niechcący albo z wygody, i głos Doroty wlał się w ten chłodny korytarz od razu, bez osłony.

— Kadry, Dorota.

— Dorota, medycyna pracy. Jest sprawa Alicji Gajdy. Marek mówi, że nie było teczki i nie ma jej na dziś.

— Nie było, bo Marek zabrał starą z tacki i oddał zły komplet — odpowiedziała Dorota natychmiast. — Poprawioną teczkę zaniosłam osobiście o ósmej dwadzieścia trzy do rejestracji. Do Jurka. Jurek tam jest?

Marek drgnął tak wyraźnie, że starszy mężczyzna na ławce odsunął but z jego drogi. To było pierwsze prawdziwe pęknięcie, nie w papierze, tylko w nim.

Drzwi obok uchyliły się i wyszedł Jurek, sanitariusz z identyfikatorem przekręconym do góry nogami, z kubkiem kawy w ręku. — No jestem, a co?

Pani Bożena podniosła głos. — Jurek, miała być teczka Alicji Gajdy o ósmej dwadzieścia trzy?

Jurek zmarszczył czoło, spojrzał na Alicję, potem na Marka. — Była. Dorota dała mi do ręki. Położyłem na pani biurku, obok listy. Marek ją brał, bo mówił, że „musi sprawdzić zgodność danych z grafikiem”.

Nikt się nie odezwał. Nie trzeba było. Słychać było tylko, jak ktoś na ławce składa wieczko od pudełka po obiedzie, pstryk, pstryk, coraz wolniej.

Marek wyciągnął ręce, jakby chciał rozgarnąć powietrze. — Sprawdzałem, bo się nazwisko nie zgadzało z wcześniejszym wpisem. Nie róbmy afery, przecież można wpisać panią później.

— Nie można — powiedziała pani Bożena i pierwszy raz zabrzmiała pewnie. Obróciła monitor tak, żeby widzieli nie tylko oni dwoje, ale i ludzie z ławki stojący po skosie. — Zostało jedno miejsce przed lekarzem medycyny pracy. O dziewiątej piętnaście. Po nim wchodzi transport z nocnej zmiany. Jeśli Alicja Gajda jest przywrócona w kolejności, to bierze ten termin. Jeśli nie, wchodzi osoba podstawiona zamiast niej.

— Jaka osoba? — spytał ten starszy z ławki.

Pani Bożena stuknęła w ekran. — Kuzyn Marka, Paweł Wysocki. Dopięty bez skierowania godzinę temu jako „uzupełnienie wolnego miejsca”.

Tym razem Marek pobladł naprawdę. Nie z oburzenia, tylko z nagłego braku gruntu. Ciotka Irena podniosła głowę tak gwałtownie, że zsunął jej się szalik. — Marek... ty mówiłeś, że tylko pomagasz.

— Cicho, Irena — warknął, nie patrząc na nią.

To „cicho” zabiło mu resztę twarzy. Ludzie na ławce zobaczyli już wystarczająco dużo: nie porządek, tylko kombinację; nie opiekuna wejścia, tylko faceta, który przesuwał cudze nazwiska jak krzesła. Starszy mężczyzna wstał, zrobił Alicji miejsce bliżej okienka. Młoda dziewczyna w białym polarze, która dotąd milczała, schowała dokumenty do teczki i cofnęła kolana, żeby Alicja mogła przejść. Nikt niczego nie komentował. Wystarczyło, kto stoi, a kto nagle nie ma gdzie oprzeć rąk.

Marek spróbował jeszcze raz, już bez tamtej pewności. — Pani Bożeno, ja to wyjaśnię z kierownikiem. Nie ma sensu robić tego tutaj.

— Właśnie tutaj jest sens — powiedziała Alicja.

Podeszła do tablicy nazwisk na ścianie. Pod przeźroczystą szybą były wsunięte paski papieru z godzinami: 8.50, 9.00, 9.15. Przy dziewiątej piętnaście widniało „P. Wysocki”, dopisane nierównym pismem. Pani Bożena wyszła zza okienka z zszywaczem i nowym paskiem. Marek odruchowo zrobił krok za nią, jakby nadal mógł zasłonić ten ruch własnym ciałem.

— Proszę się cofnąć — powiedziała pani Bożena, nie podnosząc głosu.

— To jeszcze nie jest zatwierdzone.

— W systemie już jest.

Sięgnęła do ściany, odchyliła plastikową listwę i wyjęła pasek z nazwiskiem jego kuzyna. To był mały ruch, ale zabrał mu więcej niż miejsce. Zabrał mu rolę człowieka, który rozdaje wejścia. W korytarzu, gdzie od pół godziny stał szerzej niż inni i mówił za urząd, nagle nie miał nawet prawa dotknąć tablicy.

Pani Bożena wsunęła nowy pasek. „Alicja Gajda”. Litery były równe, wydrukowane z systemu, czarne i czyste. Poniżej godzina: 9.15.

— Czytać umieją wszyscy — powiedziała, wracając do okienka. — Kolejność poprawiona. Alicja Gajda, dziewiąta piętnaście.

Marek otworzył usta. — To jest pomyłka, ja...

— Nie. — Alicja odwróciła się od tablicy dopiero wtedy, gdy jej nazwisko już siedziało tam pewnie, nie jak prośba, tylko jak wpis. — To jest moje miejsce. Wchodzę o dziewiątej piętnaście. I nikt mnie już stąd nie skreśla.

Powiedziała to na środku korytarza, przy tablicy, nie do Marka, tylko do całej tej ławki, która przed chwilą była jego. Starszy mężczyzna skinął głową jak przy odbiorze numerku. Dziewczyna w białym polarze usiadła z powrotem, ale już nie patrzyła na Marka. Ciotka Irena ścisnęła torebkę obiema rękami, jakby nagle nie wiedziała, co zrobić z własnym wprowadzeniem do tej sprawy.

Marek cofnął się o krok i zahaczył piętą o krzesło, to samo, które wcześniej wsunął Alicji pod nogi. Krzesło uderzyło o ścianę z głuchym stukiem. Nikt mu go nie poprawił. Pani Bożena podała Alicji identyfikator do badania i cienki plik formularzy.

— Pani Alicjo, proszę usiąść przy drzwiach numer dwa. Jak lekarz skończy, wchodzi pani pierwsza z tej godziny.

Alicja wzięła papiery, ale nie usiadła tam, gdzie wskazała. Przeszła jeszcze raz pod tablicę, spojrzała na swoje nazwisko i na puste miejsce po wyjętym pasku „P. Wysocki”, które pani Bożena już zasłoniła nowym układem listy. Marek stał z boku, bez kurtki ważności, bez tonu, bez swojego „my”.

— Nie przy drzwiach numer dwa — powiedziała, odkładając teczkę na wolne miejsce pod tablicą. — Tutaj poczekam. Przy swoim nazwisku.

Na tablicy nazwisk przy ścianie „Alicja Gajda” trzymało dziewiątą piętnaście równym, czarnym drukiem, a za jej plecami ciągnęły się jeszcze głosy z ławki, kiedy stanęła pod nim jak właścicielka miejsca.